paź 17

Ostatnio uczestinczyłem w uroczystości ślubnej moich przyjaciół.
Jako wierzący inaczej bardziej interesowało mnie wszystko dokoła.
To, ktoś się spóźnił, to komuś z zainteresowania przymknęło się oko,
czy ministrant biegający niezdarnie pomiędzy ławami z tacą na drobne.
Czy też rodzinka, która robiła wszystko co w ich mocy, by całą imprezę sfocić, uporczywie przeszkadzając w uroczystości.
W pewnym momencie moją uwagę przykuł wynajęty fotograf ślubny.
Przemykał się dyskretnie po świątyni. To tu z zakamarka strzelił fotkę.
To wszedł się na górną nawę. To cicho w koncie oparty o statyw gdzieś tam sobie celował.
Niby nic, jednak zaciekawiło mnie jak on robi foty, skoro nic mu nie mryga, a rodzinne aparaciki mrygają, że aż jasno się robi przed oczami.
Dodam, iż w kościele najjaśniej nie było.
Upłynął jakiś moment, młodzi wrócili z miodowego, spotkaliśmy się więc,
żeby pochwalili się suwenirami.
Na pierwszy rzut poszły foty z miesiąca miodowego. Piękne pejzaże i oni, zakochani.
Następnie ślub i wesele – najpierw przy ogromie z rodzinnych
aparacików. Co drugie nie ostre, to ciemne że nic nie widać lub błysk z lampy
zakrywał całą fotkę. Na koniec pokazali piękny skórzany album. Nie było
w nim ogromu zdjęć, tylko parę, bądź kilkadziesiąt. Jego oglądanie nie było katorgą. Każde zdjęcie piękne, czytelne, opowiadające. Wszystkie nie za ciemne, nie za jasne, wyraźny pierwszy i drugi plan.
Wyraźni bohaterowie każdego zdjęcia.
Patrząc na ten klaser przypomniałem sobie cicho przemykającego fotografa,
robiącego zdjęcia z oddali, bez błysków i fleszy. Stwierdzam więc, że profesjonalna
fotografia ślubna, ciężka praca i do tego odrobina sztuki.

 

 

Leave a Reply